wtorek, 17 maja 2022

Szlachcic na zagrodzie .....

 


Piękne, majowe późne popołudnie. Jak każde, w ciągu ostatnich kilku dni. Skąpane słońcem, ciche, bezwietrzne i spokojne. Ot po prostu takie kampinoskie. Siedzę pod dębem. Czekam. Kilka dni temu natknąłem się tu na szczątki upolowanej przez wilki łani, dlatego z dużą nadzieją liczyłem na kolejne ekscytujące spotkanie.

Dzielnie pokonując wyjazdowe korki z Warszawy, przyjeżdżałem w te okolice przez kilka dni z rzędu, jednak wilki najwyraźniej musiały patrolować teren w innych godzinach lub też w nieco już innym rejonie puszczy. Nie zrażałem się tym, licząc, że może mi się poszczęści. Niestety. Honor jednak ratowały łosie, dziki, łanie, lisy, zające, sarenki, a nawet para orlików i czarny bocian. Codzienne 2-3 godziny mijały na spokojnej obserwacji okolicy.

Drugiego dnia zaciekawiła mnie dość duża aktywność bażantów. Te, jak tylko słońce zaczynało kłaść się nieco niżej, zaczynały swoje pokrzykiwania. Zawsze zastanawiałem się, czy to efekt ich spłoszenia, które nieraz wprawiało mnie w osłupienie czy przysłowiowy zawał serca, kiedy to jeden z drugim znienacka wyskakiwały mi spod nóg z przeraźliwym krzykiem. Tym razem jednak wydawało się, że ptaki okrzykami nawołują się wzajemnie.

Siedziałem sobie pod drzewem, mając przed sobą czystą przestrzeń zielonej łączki, która to w niewielkiej odległości przechodziła w ścianę nieco wyższych, uschniętych traw. Rozglądałem się bacznie dookoła, licząc na kolejną lornetkową obserwację.

Nagle od lewej, z wyższej części łączki wybiegły dwa kolorowe samce. Biegły równolegle do siebie. Po kilkunastu metrach stanęły na wprost mnie i podskakując zaczęły uderzać się wzajemnie skrzydłami. Trwało to kilka sekund po czym ptaki ponownie wracały w wyższe zarośla. Sytuacja powtarzała się co kilka minut, a ptaki wybiegały na łączkę z dokładnością co do kilku metrów.



Nie mogłem przejść obojętnie wobec takich zdarzeń. Odczekałem, aż samce znów powrócą w uschnięte trawy, po czym skulony podbiegłem za bliższy krzak. Tuż przed nim miałem końcówkę niskiej zielonej łąki, z wyrytymi przez dziki muldami. Właśnie w takim jednym dołku urządziłem sobie swoje stanowisko. Wysunąłem przed siebie plecak, kładąc na nim aparat, a sam maskując głowę i twarz ułożyłem się na brzuchu. Zastygłem w oczekiwaniu.





Nie minęło pięć minut, kiedy to znów usłyszałem charakterystyczne odgłosy, a w wizjerze aparatu spostrzegłem znajomą sylwetkę.




Ptaki, prężąc się zatrzymały się na skraju wyższej trawy. Z zaciekawieniem lustrowały okolicę, jednak maskowanie było na tyle dobre, że określiły je jako naturalną część łączki. Światło z ostro żółtego zaczynało przechodzić w ciepły pomarańcz. Kontrastująca, majowa soczysta zieleń dodatkowo nadawała kolorytu. Ptaki ponownie skróciły dystans do mojego stanowiska pozwalając mi na kilka ciekawych ujęć. Czasem tylko zastanawiał je stłumiony trzask migawki mojego aparatu. Wydobywany przez nią dźwięk powodował, że zastygały na kilka chwil. Czasem skubały trawę, znikając mi na jakiś czas, w coraz wyższych jej źdźbłach.






Przez kolejne dwa dni sytuacja była podobna. Dokładnie to samo miejsce, niemal identyczne warunki i te dwa, widać konkurujące ze sobą osobniki. W wieczornych promieniach słońca wyglądały bardzo dostojnie.





Ich ubarwienie powodowało, że nie wiem czemu, ale kojarzyły mi się ze staropolskimi szlachcicami, których to stroje równie piękne i barwne nie raz mogłem podziwiać w muzeach czy historycznych albumach. Wyraźnie okupowały to terytorium, będąc jednocześnie panami tych włości.





Czwartego dnia, na łączce niestety zastałem pustkę. Ptaki albo zostały spłoszone, albo najzwyczajniej przeniosły się gdzieś dalej. Rozglądałem się, ale nie było ich już widać, tak jak poprzednio. Wciąż z bardziej odległych części traw słyszałem ich trzepotanie skrzydeł i donośny krzyk, jednak pod moim stanowiskiem już się nie pojawiły. No cóż. Te dwa-trzy dni  przyniosły mi kilka fajnych kadrów bażantów, o jakich wcześniej nawet nie myślałem. Dotarło do mnie, że jeśli tylko nadarza się okazja to trzeba ja wykorzystywać. Przez ten krótki czas skupiłem się tylko na tym, by spróbować je podejrzeć z bardzo bliska i to się udało, a potem….

A potem wróciłem pod swój dąb i dalej czekałem na spotkanie z wilkiem, ale to już zupełnie inna historia…

Z puszczańskim pozdrowieniem

Wozik77

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz